marzenie o Macchu Picchu
Podróże

Marzenie o Macchu Picchu

Dziś wraz z Asią Perzanowską, autorką bloga Matka w kratkę, zapraszam do Peru. Marzenia przecież się spełniają.

Znasz to uczucie, kiedy o czymś długo marzyłeś i jesteś tuż, tuż obok momentu, kiedy okaże się, czy to marzenie spełni się czy też nie?

Dla mnie symbolem takiego momentu jest marzenie o zobaczeniu Macchu Picchu. Jako mała dziewczynka zaczytywałam się w książkach historyczno-podróżniczych. Leżałam u babci na kanapie i marzyłam o podróżach. Dalekich podróżach. Wówczas nieosiągalnych. Śladami zaginionych cywilizacji. Ameryka Południowa, Meksyk, Gwatemala, Peru. Aztecy, Majowie, Inkowie.

I Macchu Picchu stało się dla mnie głównym celem. Przemówiło do mnie jego piękno i majestat na zdjęciach; piękno przyprawione legendą miasta tajemniczego, zaginionego i niepodbitego przez Hiszpanów (a odkrytego dopiero stosunkowo niedawno, bo w 1911 roku).

A jednak – znalazłam się w Peru

Wiele lat później wysiedliśmy z moim chłopakiem (który obecnie awansował do roli współmałżonka) z pociągu w Peru w Aquas Calientes. Furtka do Macchu Picchu. Pamiętam, że mimo oczekiwania na dalszą część wyprawy i wcześniejszej lektury przewodnika uznałam je za jedno z najbrzydszych miasteczek jakie widziałam.

Szybko znaleźliśmy tani hotelik (bo w takich wówczas się zatrzymywaliśmy) i poszliśmy spać. A właściwie prawie poszliśmy, bo okazało się że niemalże pod naszymi oknami próby przeprowadza peruwiańska orkiestra. Co można by uznać nawet za ciekawy zbieg okoliczności, gdyby nie to że następnego dnia czekała nas bardzo wczesna pobudka.

Droga do Macchu Picchu

Wstaliśmy mocno przed świtem. Ale bynajmniej nie byliśmy pierwsi w kolejce do busików, zabierających średnio ambitnych podróżników do Macchu Picchu (podczas gdy bardziej ambitni wspinali się na własnych nogach, a mniej ambitni – ciągle spali).

Zimno jak nie wiem co, na szczęście lokalni mieszkańcy sprzedawali ciepłą yerba mate. Strzał w dziesiątkę. Busik podjechał dalej, zawrócił, kolejka przemieściła się, pomieszała – i trochę ślepym fartem znaleźliśmy się w pierwszym pojeździe odjeżdżającym tego dnia do Macchu Picchu.

Potem tylko bilety i, zgodnie z przewodnikiem Lonely Planet (który wówczas był naszą biblią) ruszyliśmy na górę. I kiedy weszliśmy na górę – przyszło rozczarowanie. Mgła. Wszędzie mgła. Absolutnie nic nie było widać….

marzenie o Macchu Picchu

Robiąc dobrą minę do złej gry, udaliśmy się na spacer po pustych ruinach. Pamiętam do dziś zachwyt, ale i poczucie niepokoju, że mgła nie podniesie się (a bilety na pociąg powrotny już były zarezerwowane…). Pobłądziliśmy przez jakiś czas samotnie, dziwiąc się precyzyjnej robocie kamieniarskiej – tak charakterystycznej w Dolinie Inków, zastanawiając nad wielkością otworów i samych pomieszczeń, myśląc o życiu w Macchu Picchu za czasów świetności.

marzenie o Macchu Picchu

marzenie o Macchu Picchu

Mgła się podnosi

Wróciliśmy na górę. Ludzi więcej (kolejne busiki dotarły), ale ciągle nic nie widać. Nie da rady – uznaliśmy. Czekamy. I czekaliśmy.

A potem mgła zaczęła się powoli podnosić.

I naszym oczom ukazał się jeden z piękniejszych widoków – widok na Macchu Picchu. I to był ten moment, kiedy moje marzenie się spełniło. Czasem, kiedy czegoś się chce, gdy się to osiągnie, przez moment jest się zadowolonym, ale zaraz chce się czegoś innego. A ja do dziś pamiętam, że miałam wówczas poczucie satysfakcji, zadowolenia, wypełnienia i spokoju.

Naprawdę trudno było się stamtąd ruszyć. Mimo, że większość miasta wciąż oczekiwała na eksplorację. Ruszyliśmy jednak.

marzenie o Macchu Picchu

Podejście na Huayna Picchu

Najpierw korzystając z tego, że było dość wcześnie i słońce, które niedawno wstało, nie świeciło jeszcze zbyt mocno, rozpoczęliśmy podejście pod górę na Huayna Picchu – szczyt, który widać w tle na „typowym” ujęciu Macchu Picchu.

Lekko nie było (wysokość robiła swoje), ale podejście było jak najbardziej w naszym zasięgu (stromo, ale bez technicznych trudności). A potem na górze spokój i nowa, ciekawa perspektywa na teren dookoła. Usiadłam, zaczęłam notować… Jak bardzo chciałabym odnaleźć te notatki.

marzenie o Macchu Picchu

Potem, zeszliśmy i zaczęliśmy błądzić po samych ruinach. Coraz więcej ludzi, wycieczek, tłumaczących przewodników, przeciskania się. Ale chodziliśmy wytrwale. Cieszyliśmy się, że ranek spędziliśmy bez tłumów. I że byliśmy we dwoje – bez przewodnika, bez innych turystów. Radość z samodzielnej eksploracji i wytyczania swoich ścieżek.

marzenie o Macchu Picchu

Odpoczynek z lamami

Na tarasach kamiennych trafiliśmy na lamy. Ze względu na opowieści o plujących lamach z pewną rezerwą podeszłam do ich towarzystwa. Ale są na tyle sympatyczne, że przekonały mnie do siebie. I w ich towarzystwie urządziliśmy sobie dłuższy odpoczynek.

marzenie o Macchu Picchu

I powoli był już czas wracać. Przez cały pobyt w Macchu Picchu czułam pozytywną energię i duży spokój. Nie chciałam opuszczać tego miejsca. Jeszcze jedna wspinaczka żeby usiąść i popatrzeć na widoki, ostatnie zdjęcia.

I zjazd do Aquas Calientes, jedzenie, stacja kolejowa.

Spełnione marzenie o podróżach

Ale gdy myślę o Macchu Picchu i całej Dolinie Inków uśmiecham się do siebie. To dla mnie dowód, ze warto marzyć i że marzenia się spełniają.

Moje marzenie o podróżach wciąż się realizuje i spełnia I zaowocowało obejrzeniem większości miejsc, o których marzyłam – czy to Tikal, czy zapomnianych miast Majów w dżungli gwatemalskiej, czy Wyspy Wielkanocnej.

Ale wciąż myślę, żeby za jakiś czas wrócić do Macchu Picchu, znowu poczuć ten spokój, może przejść tym razem Szlakiem Inków. Choć też zastanawiam się – czy można spełnić jeszcze raz już spełnione marzenie?

marzenie o Macchu Picchu

__________________________

A o jakiej podróży Wy marzycie?

Obserwatorka i komentatorka życia. Z pasją o kulturze, podróżach, rodzicielstwie i życiu jako takim. Po ojcu M, po mężu P. Wiecznie zabiegana, nieustannie niewyspana...

9 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *