slow life
Lifestyle

Slow life, fast life i vice versa

Mam wrażenie, że ostatnio świat dzieli się wyłącznie na dwie, skrajne wersje tej samej rzeczywistości. Albo jesteśmy fast i zasuwamy jak wiewiórki po 3 kawach, albo slow i niczym leniwce powoli przeciągamy się na gałęzi w poszukiwaniu następnego wtorku. Formy spędzania czasu jakoś pośrodku gdzieś się zagubiły. W każdym razie takie wrażenie odnosi się przeczesując bujną grzywę internetu.

Czytam sobie wpisy blogowe wszelakie i widzę jak odmiennie czas można sobie zorganizować. Świat stał się czarno-biały i podzielony pomiędzy zwalczające się obozy. Jeden zdradza i radzi jak wypełnić każdą sekundę świadomej egzystencji, jak co do minuty spędzić produktywnie każdą minutę, jak wstać wcześniej, wstać z łóżka szybciej i do tego z większym zapałem, jak pracować bardziej produktywnie, jak nie uronić bezczynnie ni sekundy a przy tym doskonale i nieodmiennie kreatywnie się spełnić, rozwinąć. To jedyna droga do bycia szczęśliwym. Fast food, fast life…

Drugi obóz zaś głosi zgoła odmienną teorię, jak stać się szczęśliwym, w pełni spełnionym człowiekiem. Droga do tego celu wiedzie poprzez życie w rytmie slow. Nieśpieszne delektowanie się każdą chwilą, czynienie czasu wręcz namacalnym, skupienie się na wewnętrznym głosie i wsłuchanie się we własne potrzeby… Slow food, slow life…

Piętrzą się w internetach rady jak przyśpieszyć albo zwolnić. I się tak zastanawiam czy we współczesnym świecie człowiek już nie może być w wersji mieszanej i w razie potrzeby raz zwalniać a raz przyśpieszać? Czy konieczne jest takie jednoznaczne postawienie swego czasu po jednej ze stron barykady? Przyznam się szczerze, że takie podziały z góry przyjęte są dla mnie czymś niesamowicie sztucznym. U mnie życie raz jest fast a raz slow, w zależności od aktualnej sytuacji i przeskoczenie z jednej wersji w drugą nie stanowi większego problemu. Czy trzeba się tak mocno definiować? I co to właściwie daje? Czy w ogóle przyjmowanie jednej z tych filozofii życiowych ma jakikolwiek sens?

U mnie jak w pogodzie… czasem słońce, czasem deszcz… czasem slow, czasem fast. Zasadniczo jest elastycznie. Po co się ograniczać? Po co narzucać sobie pewne standardy zachowań? Bo moda? Bo pogoda i uroda?

A jak jest u Was? Jesteście slow, fast a może gdzieś pomiędzy?

Obserwatorka i komentatorka życia. Z pasją o kulturze, podróżach, rodzicielstwie i życiu jako takim. Po ojcu M, po mężu P. Wiecznie zabiegana, nieustannie niewyspana...

15 komentarzy

  • Jan Machyński

    Ja w sumie nie mam nic przeciwko takiemu podziałowi. To czasem pozwala człowiekowi się określić, przypisać do jakieś grupy – nigdy tej potrzeby, w sumie nie rozumiałem, ale wiem, że istnieje.

    W moim przypadku sprawa jest dość jasna – dwa razy w tygodniu od rana do wieczora jestem w mieście, organizuję swój czas tak, aby załatwić jak najwięcej, spotkać się z możliwie wieloma osobami i jestem w 100% produktywny, a pozostałe dni mam bardzo slow

    Potrafię, jak Ty “skakać”, ale bardzo szybko się męczę, więc stąd trzy dni mega slow. W weekendy nie jestem slow, ani też fast – staram się być rekreacyjnie aktywnym. Tu rower na trzy godziny, tam praca w ogrodzie, w inny dzień basen itp.

  • Gosia

    Bardzo fajny wpis. Rzeczywiście jest podział i obecnie każdy chce żyć slow i pokazuje jak żyje slow. Czasem trzeba przyspieszyć żeby osiągnąć jakiś cel i nie ma na to innego sposobu. Chyba najważniejsze to znaleźć równowagę. Moim zdaniem bardzo ważne jest żeby dążyć do spowolnienia tempa w tym pędzącym świecie, ale nie za wszelką cenę i nie zawsze.

  • Majka cośtamcośtam

    Hmm… dałaś mi do myślenia. Na studiach żyłam oczywiście w rytmie “fast”, zatem po nich dla odmiany zainteresowałam się filozofią “slow”. Zauważyłam jednak, że próba świadomego ogarniania całego dnia i delektowania się każdą chwilą jest strasznie… męcząca. Nie potrafię cieszyć się czymś (np. zmywaniem) tylko dlatego, że powinnam się tym cieszyć. To musi wypływać samo, ze mnie, z mojego wnętrza. Poza tym “ideologia” slow jest arcytrudna do przeprowadzenia przy małym niemowlaczku, który daje 15 minut. swojego snu na posprzątanie, ugotowanie i wypicie kubka herbaty

  • Zwykła Matka

    Ja gdzieś pomiędzy Umiem sobie zorganizować czas, gdy tylko tego potrzebuję, lubię też mocno się zorganizować, gdy mam potrzebe zrobienia kilku rzeczy na raz Nie lubię jednej zasady wyznawać!

  • Marta Re

    To jak z kolorami są podstawowe i pośrednie. Jest granat i niebieski a pomiędzy w zależności od kreatywności ileś kolorów pośrednich.

  • Make Happy Life

    U mnie nie ma ani fast, ani slow. Jestem wersją mieszaną. Mam sporo obowiązków na co dzień i czasami muszę zasuwać, żeby wszystko ogarnąć, ale znajduje w tym wszystkich chwilę dla siebie, na książkę, na modlitwę. Lubie kiedy życie się kręci i lubię czuć ten power, ale z drugiej strony chwile wyciszenia, docenianie małych rzeczy to mój “chleb powszedni.” Jak widać można być po środku tego wszystkiego
    Pozdrawiam Cię

  • Katarzyna Nowak

    Ja jestem pół na pół, choć nie cierpię tego określenia “slow life”. Nie można sobie ustawiać życia, nie można cały czas żyć “slow”, no bo jak? Chyba osoby, które nie mają obowiązków, pracy, problemów. Ja lubię pracować, lubię też łapać chwile i żyć tą chwilą, ale takich momentów jest niewiele, zazwyczaj w weekendy (choć nie zawsze) albo na urlopach. Niestety na co dzień nie potrafiłabym żyć slow

  • Ensorcelee Mija

    Masz rację, też jestem gdzieś między fast a slow. I choć w tej wersji spokojniejszej czuję się najlepiej, to wiem, że to tylko dzięki temu, że przez większość czasu z czymś się spieszę, a potem doceniam odmianę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *