karmienie piersią
Dziecko,  Lifestyle,  Zdrowie i pielęgnacja

Karmienie piersią czyli sport ekstremalny

Karmienie piersią… niby najzwyczajniejsza rzecz na świecie… niby takie całkowicie naturalne… a jednak budziło we mnie do niedawna mieszane uczucia. Z jednej strony byłam za… bo to zdrowe, dobre dla dziecka… no i takie naturalne… Z drugiej jednak strony karmienie piersią wydawało mi się takie… trochę może nawet niesmaczne, nienowoczesne… zupełnie do mnie niepasujące…

Moja przygoda z karmieniem piersią rozpoczęła się ponad trzy lata temu, gdy na świecie pojawił się mój pierwszy synek Janek. Postanowiłam wtedy, że karmić będę. I była to wówczas wyłącznie logiczna, na zimno podjęta decyzja. Jakoś zupełnie tego nie czułam. Jakoś wewnętrznie czułam pewnego rodzaju opór i przyznam szczerze, że nawet bardzo mi ulżyło, kiedy pediatra kategorycznie zakazał mi karmić piersią, bo się okazało, że mój syn ma bardzo poważne problemy gastryczne z tym karmieniem związane… Dopiero z czasem się okazało, że byłam chora i choroba odbijała się rykoszetem na zdrowiu pierworodnego.

Tym razem, będąc w ciąży z Filipem, byłam święcie przekonana, że stosując cały arsenał leków, które de facto każdego dnia ratują mi życie, nie będę mogła karmić piersią. Z błędu, pod koniec ciąży, wyprowadziła mnie moja gastrolog. I z jednej strony się ucieszyłam… z drugiej jednak pojawiły się ponownie mieszane uczucia… Ale te mieszane uczucia zostały w trynie pilnym wyprostowane przez mojego syna Filipa. Kiedy kurczak pojawił się na świecie, okazało się, że faktycznie jest maleńkim kurczaczkiem. 2310 g wagi i 47 cm długości w 38 tygodniu ciąży sprawiły, że stał się bacznym obiektem obserwacji dla szpitalnych pediatrów… Nie wspominając, że zacząć należałoby od tego, że właśnie jego kurczakowatość sprawiła, że musiał urodzić się wcześniej, w dodatku metodą cesarskiego cięcia… Wiele się słyszy o tym, że cesarskie cięcie, zwłaszcza bez uruchomionej akcji porodowej to prosta droga, by mieć ogromne problemy z karmieniem piersią. Może to i prawda, lecz nie w naszym przypadku. Pewnie też spora w tym zasługa szpitalnych położnych, które wiedzą co i jak zrobić, by się udało… Młody bowiem po porodzie został od razu przystawiony do mlekomatu, a położne pilnie sprawdzały czy funkcja karmienia przebiega prawidłowo… I co ciekawe… prawie natychmiast między kurczakiem a mlekomatem zaiskrzyło. I nie zepsuł tego nawet nakaz pediatry, by ze względu na gabaryty kurczaka zacząć go jednak dokarmiać mieszanką. Kurczak bowiem mieszance i butelce powiedział stanowcze nie a za to z radością wielką za każdym razem witał mlekomat… I tak po dwóch standardowych dniach spadku wagi… w kolejnych dniach zaczął już wyłącznie na wadze przybierać. A ja z każdym dniem, widząc jak mój kurczak kocha swoje mlekomaty, zaczęłam się zamieniać w coraz większą fankę karmienia piersią. Bo jak tu takiemu kurczakowi odmówić tego, co tak bardzo kocha?

Karmienie piersią to jednak nie tylko rozrzewnienie i radość, to też sport ekstremalny… bo czasem kurczak potrafi nie odstępować mlekomatu przez bite 9 godzin i ciągle żądać więcej i więcej… I nawet, gdy mu się uleje totalnie, bo też totalnie przesadzi z dawkowaną sobie ilością, to jedynie zrobi minę w stylu „No i co… za dużo wypiłem… zdarza się… zazdrościsz?”. Ale trzeba mu wybaczyć… wszak urodził się maleńki i teraz ma co nadrabiać. Choć przyznam… jest to odrobinę uciążliwe, no i męczące. Przeżyję… przeżyłam dwie cesarki i inne przygody. Karmienie piersią mi już niestraszne. To tylko momentami sport ekstremalny.

Nigdy pewnie nie zostanę faszystką jeśli chodzi o karmienie piersią. Nie będę nikogo namawiać i przekonywać. Nie będę nikogo oskarżać, że odbiera swemu dziecku to i tamto… co często w internetach ostatnio czytam. Niemniej sama siebie przekonałam, że karmienie piersią nie jest takie okropne i feeee…. jak mi się jeszcze niedawno wydawało…

A jaki jest Wasz stosunek do karmienia piersią?

Obserwatorka i komentatorka życia. Z pasją o kulturze, podróżach, rodzicielstwie i życiu jako takim. Po ojcu M, po mężu P. Wiecznie zabiegana, nieustannie niewyspana...

14 komentarzy

  • Joanna Gliniecka

    Moja Kasia 39 tc i też 2310. Karmiona tylko cycem, choć początkowo przybierala 1/4 tego co powinna. Ale dała radę. Zaczęła przybierać i było do przodu. Początkowo karmiłam strzykawką odciągniętym pokarmem

  • Matka Antyterrorystka

    Zanim się Młoda urodziła byłam pewna, że będę karmić piersią. Urodziła się przez cc. Mleka nie było. Dostawała mieszankę przez pierwsze 5 dni w szpitalu. Położne oczywiście poinstruowały mnie co i jak mam robić- najpierw przystawiałam ją do piersi, później butelka. Po wyjściu ze szpitala mleko leciało jak wściekłe i dziecię moje było karmione z mlekomatu- jak to fajnie nazwałaś Wiem, że gdyby nie podejście położnych nie dałabym rady sama.

  • Katarzyna Grzebyk

    Miałam dwa razy cc i dwa razy karmiłam piersią. Zero problemu;-) od początku chciałam karmić;-) i wiesz, że karmiąc niesamowicie chudłam? Byłam szczuplejsza niż przed ciążą;-) To były czasy…………:-)

  • Esencja

    Mój stosunek jest zupełnie naturalny To najbardziej naturalna i niezwykle wygodna dla obu stron forma karmienia malucha. Pierwsze dziecko karmiłam 13 miesięcy, drugie 2 lata (!), trzecie samo się odstawiło w 8 miesiącu, zatem mam pełen przegląd przez preferencje dzieci Kolek nie było, pokarm był i podróżowanie też, bo “restauracje” wszędzie zabierałam ze sobą

  • Marta Kor z OkiemMK.com

    U mnie to wyszło bardzo naturalnie i bezproblemowo. Mała ma jadłodajnie na zawołanie, a ja to lubię i uważam, że to najwygodniejsza i najzdrowsza metoda, choć nie potępiam butelki i nie płakałabym gdybym nie mogła karmić naturalnie ja nie miałam tak fajnych polożnych niestety

      • Marta Kor z OkiemMK.com

        Jedyny problem jaki z nią teraz mamy to płacz aż zrobi się sina w łóżeczku. Rozpoznaje je nawet przez sen. Na razie daliśmy spokój aż nie dojdę do siebie, ale potem będzie walka niestety. W końcu chcemy mieć nasze łóżko dla nasz po połogu choć jej płacz powoduje że i mi grochy lecą i mlekomaty zaraz przeciekają ;D

        • Joanna Misiak-Piotrowska

          Mój młodszy, urodzony pod koniec listopada, pierwsze 4-6 godzin śpi w swoim łóżeczku. Potem przechodzi do mnie do łóżka. Mu jest dobrze, mi jest dobrze. Oboje się wysypiamy. A mąż dostał nową kanapę na spółkę ze starszakiem, bo ten ten do ok. 24-2 w nocy śpi sam a potem wędruje. Nie chce nam się z tym walczyć. Po dniach niewyspania, daliśmy sobie na razie spokój. Jak młodszy będzie trochę większy czyli najpóźniej za 6 miesięcy trafi do wspólnego pokoju ze starszakiem i pewnie razem będzie im łatwiej, raźniej a ostatecznie będą spać razem. Ze starszym walczyłam, by spał we własnym łóżku i w sumie wskórałam tylko tyle, że pocieszałam go w nocy przez praktycznie 2,5 roku po kilkanaście nawet razy. Teraz nie chce mi się walczyć i się wysypiam A czasem nawet z oboma maluchami śpię. Chyba jestem za rodzicielstwem bliskości Tak to przynajmniej wychodzi. Generalnie sobie tak myślę, że człowiek to jedyny ssak, który swoje młode odsyła do oddzielnego spania… I może to cała reszta świata natury ma rację, że kolejne pokolenie jest tak blisko rodziców

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *