C jak celiakia, z jak zmiany

c-jak-celiakia-z-jak-zmiany

Kiedy trafiłam na oddział, a właściwie pododdział gastrologiczny w szpitalu z maksymalnie chorym jelitem nie spodziewałam się, że oprócz leczenia ogromnego stanu zapalnego i nieustannej walki z chorobą autoimmunologiczną, która gdy wymyka się spod kontroli niszczy mój układ pokarmowy, czeka mnie dodatkowo całkowita zmiana podejścia do mojego dotychczasowego sposobu odżywiania. Okazało, że oprócz jednej choroby o podłożu immunologicznym, mam dwie… A potem… A potem było już tylko mniej śmiesznie.

Celiakia czyli co?

Celiakia czyli choroba trzewna to immunologiczna choroba o podłożu genetycznym. Polega na nietolerancji glutenu czyli białka zapasowego zawartego w zbożach (pszenicy, życie, jęczmieniu, owsie). Gluten u chorych na celiakię powoduje zanik kosmków jelita cienkiego, które są odpowiedzialne za wchłanianie składników odżywczych. Jedynym wyjściem jest bezwzględne stosowanie diety bezglutenowej. Proste? No niby tak…

To, że cierpię na celiakię stało się faktem w momencie odbioru przeze mnie wyników badania histopatologicznego jelita. Wynikało z niego, że to bardzo wczesna faza choroby. Jedna z teorii głosi, że celiakia może wystąpić u kobiety w związku z właśnie odbytą ciążą. I w sumie to by się akurat zgadzało.

Celiakia zabrzmiała wówczas jak wyrok i najgorsza wiadomość jaką mogłam otrzymać. Byłam bowiem bardzo kochającym wszelkie glutenowe produkty człowiekiem. Dla pewności i trochę dla świętego spokoju zlecono również badanie poziomu przeciwciał we krwi. I tu niespodzianka… Żadnych przeciwciał w mojej krwi nie stwierdzono.

W głowie zaświeciła mi się żaróweczka nadziei. Zupełnie bezpodstawnie. Brak przeciwciał we krwi, zwłaszcza u dorosłych chorych na celiakię, nie jest wyznacznikiem braku choroby. Wręcz przeciwnie. U dorosłych chorych takie wyniki zdarzają się dość często. Najważniejszy był wynik badania jelita. Otrzymałam nakaz trzymania się z daleka od glutenu. Jak się później okazało, nie było to tak łatwe, jak mogło się początkowo wydawać.

Bez glutenu czyli jak?

Pszenica, jęczmień, żyto i generalnie owies stały się dla mnie zbożami zakazanymi. Bardzo szybko okazało się jak powszechnie te zboża występują w łatwo dostępnym pożywieniu. Jego śladowe ilości, a takie ilości już potrafią nieźle namieszać w jelicie, mogą się magicznie znaleźć praktycznie wszędzie od jogurtu, przez przyprawy a na szynce kończąc.

W wielu wypadkach zawartość glutenu w produkcie nie jest wynikiem wspólnej taśmy produkcyjnej z produktami typowo zaglutenionymi  (tu producenci często stosują zasadę dupochronu, bo w znacznej części produktów, które mają na etykiecie napis, że mogą zawierać śladowe ilości tego czy owego, po prostu alergenów nie znajdziemy, jednak zawsze istnieje ryzyko, że się one znajdą i komuś przy okazji zaszkodzą), ale wynikiem pakowania wypełniaczy typu skrobia modyfikowana wszędzie, gdzie się da zaoszczędzić.

Zamiast większej ilości mięsa sprytny producent daje wodę i pęczniejący zapychacz. Zamiast cukru… syrop glukozowo-fruktozowy, który jest tą brzydszą i bardziej niebezpieczną dla naszego zdrowia siostrą „białej śmierci”. Sprytne, co nie? Uczciwe? Już niekoniecznie… I w dodatku dla ludzi cierpiących na celiakię dość uciążliwe.

Początki celiakii wiązały się zatem dla mnie z nieustanną lekturą etykiet. Można co prawda spożywać wyłącznie produkty oznaczone jako bezglutenowe, z symbolem przekreślonego kłosa. Ale po pierwsze są one dość, by nie rzec, że bardzo, drogie. A po drugie na sklepowych półkach można znaleźć szereg produktów, które glutenu nie mają, bo i mieć nie mogą (bądź nie powinny i dlatego właśnie studiowanie etykiet jest tak ważne). Jogurt naturalny na przykład powinien być produktem wolnym od „dziwnych dodatków”, jednak i on potrafi mieć glutenu w cholerę.

Nie tylko same wady

Jest jeden niezaprzeczalny plus celiakii i studiowania etykiet. Stałam się o wiele bardziej świadomym konsumentem. Bardziej wyedukowanym. No i czasem bardziej leniwym… Dlaczego? Jeśli mam jakiś produkt, którego skład przekracza 5-7 elementów, zupełnie zakup odpuszczam. Nie mam ochoty na czytanie etykietowego elaboratu. I wychodzi mi to na zdrowie.

Zbyt duża ilość składników, to produkt bardziej przetworzony, czytaj niezdrowy. Z podobnych względów ograniczam też w mojej diecie produkty oznaczone przekreślonym kłosem. Niejednokrotnie zawierają taką ilość składników, że może się po prostu zakręcić w głowie. A podczas lektury składu jako żywo staje przed oczyma tablica Mendelejewa. Czasem można się skusić… Czasem, lecz nie za często…

Przejście na dietę bezglutenową nie było łatwe. Przede wszystkim musiałam to sobie poukładać mocno w głowie. I po prostu wziąć do serca to, że gluten to zuuooo i tylko mi szkodzi, bez względu na to, jak mocno tęsknię za bułeczką czy pizzą czy krupniczkiem. Zamiast myśleć o tym, jak wiele tracę, musiałam nauczyć się myśleć jak wiele zyskuję będąc na diecie i jak jest to ważne dla mojego dalszego życia.

Oczywiście to trwało. I oswajanie się z nową sytuacją nie było proste i przyjemne. Bo to w gruncie rzeczy przede wszystkim oswojenie się z chorobą, pewnego rodzaju ułomnością własnego organizmu. To pogodzenie się z czymś nieuniknionym i przystosowanie się do nowych zasad gry. A to trwa. Czasem dłużej. Czasem krócej. Im szybciej zrozumie się nieuchronność zaistniałej sytuacji, tym szybciej zniknie poczucie niesprawiedliwości i pokrzywdzenia.

Życie bez glutenu nie jest tylko pasmem wyrzeczeń. Świat ma bowiem tyle smaków, że warto poszerzać horyzonty, warto próbować nowości, warto eksperymentować i warto smacznie i zdrowo jeść, w zgodzie z własnym organizmem i jego potrzebami. Zamiast myśleć o tym, co się traci, warto pomyśleć o tym, co się zyskuje.

Jeśli chcielibyście zadać mi pytanie na temat celiakii, codziennego życia na diecie bezglutenowej albo po prostu pogadać jak „skazaniec ze skazańcem” dajcie znać. Postaram się pomóc.

Zapraszam również na bezglutenową ucztę.

  • Fantastycznie, że podzieliłaś się swoją historią. Obalasz przy tym kilka mitów, pokazujesz, że celiakia to nie koniec świata, a przy okazji zwracasz uwagę na istotną kwestię, jaką jest bycie świadomym konsumentem.

    Dowiedziałam się niedawno, że mój problem z chropowatą skórą na ramionach może wynikać właśnie z nietolerancji glutenu. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale zamierzam to sprawdzić.

    • Zdecydowanie warto to sprawdzić. Gluten może nam na wiele sposobów szkodzić (choć nie musi). A to może się też w różny sposób objawiać. Nietolerancja czy alergia na gluten może się ujawnić właśnie poprzez skórne dolegliwości. Bardzo często w taki właśnie sposób ujawnia się nietolerancja u dzieci. Mój starszy syn miał badania pod kątem choroby Duhringa. Na szczęście nietolerancja glutenu została u niego wykluczona. Warto się zbadać i w razie czego dziać. Życzę jednak, by gluten nie był Ci straszny 🙂

  • Kinga Lalowicz

    Ale jak ci ją zdiagnozowano? Jakimi badaniami? Mnie z oddziału wypisano z podejrzeniem celiakii i tyle…

    • Podczas pobytu na oddziale zrobiono mi gastroskopię i kolonoskopię. Wówczas pobrano wycinki do badań. Właśnie z badania wycinka jelita wyszło, że mam chorobę trzewną. To najskuteczniejszy sposób na badania w kierunku celiakii. Z badań na przeciwciała we krwi nic nie wyszło. Ale jak już pisałam, u dorosłych tak się dość często zdarza.