Bo on mi nie pomaga

Czasem bezwiednie przysłuchuję się cudzym rozmowom, czasem po prostu staję się anonimowym uczestnikiem czyjegoś życia, choćby tylko na chwilę, na pięć minut. Często to rozmowy innych mam. Rozmowy o codzienności, o tym jak czasem ciężko jest być mamą, jak ciężko dźwigać na swych barkach trud wychowania dziecka. Czasem trud wyłączny…

Słowa słodko-gorzkie

Z jednej strony jest ogromne szczęście, że jest się mamą, że czyjeś małe rączki co rano sięgają do maminej twarzy, a słowo „mama” po prostu rozpromienia matczyną twarz i ogrzewa serce. Z drugiej jednak strony macierzyństwo to nie tylko radość, to też ciężka praca, zarówno fizyczna jak i umysłowa. Ogarnięcie dziecka, zwłaszcza małego, to niesamowite, mocno wyczerpujące, codzienne logistyczne przedsięwzięcie. To nieustanna walka z czasem. To dawanie z siebie jak najwięcej. Dawanie 150% swych sił. To czasem łzy i poczucie bezsilności. Wychowywanie dziecka jest wspaniałe. Jest jednak też trudne.

I często, gdy słucham rozmów matek, przewija się w nich stwierdzenie: „Bo on mi nie pomaga”. I łapię się wówczas za głowę, bo co to znaczy, że „on mi nie pomaga”? Znaczy kto? I niestety zazwyczaj, by nie rzec, że niemal zawsze, chodzi tu o ojca dziecka. Nie o wujka, dziadka, kolejnego partnera matki. Nie, chodzi o ojca dziecka.

Bo on mi nie pomaga

I pytam wówczas… w zasadzie sama siebie… Czy tylko ja jestem jakaś inna, że uważam, że to jest po prostu nie fair, bo moim zdaniem ojciec nie jest kimś gorszym, kimś upośledzonym, kto nie potrafi zająć się swoim dzieckiem, kto nie potrafi zadbać o jego wychowanie? Czy tylko w moim mniemaniu, również ojciec dziecka jest odpowiedzialny za swe potomstwo, na równi z matką? I nie jest istotne w tym momencie czy to sama matka odsuwa na boczny tor działalności wychowawczej ojca dziecka czy to właśnie on nie chce bądź nie czuje się na siłach, by w wychowaniu swego potomstwa aktywnie uczestniczyć.

To dzielenie się odpowiedzialnością za zdrowie, życie a także prawidłowy rozwój emocjonalny własnego dziecka. To trud dzielony na dwoje. To też radość i szczęście dla dwojga.

Wiadomo, że facet nie nakarmi dziecka piersią, ale już butelka jest przedmiotem bardzo sprawiedliwym, tak samo jest z zabrudzoną pieluchą czy wózkiem, w którym dziecko wyjeżdża na spacer. W naszej kulturze bardzo mocno ugruntowane jest przekonanie, że urlop macierzyński i opieka nad dzieckiem podczas jego trwania to przede wszystkim domena kobiet. Przekonanie nad wyraz błędne. Oczywistym jest, że osoba korzystająca z takiego urlopu przejmuje na siebie ogromną część opieki nad dzieckiem. Drugie z rodziców (w Polsce zazwyczaj ojciec) w tym czasie pracuje zawodowo… Nie powinno być jednak tak, że urlop macierzyński matki i praca zawodowa ojca stanowi wymówkę do uchylania się od bycia ojcem. Bycia aktywnym, odpowiedzialnym i zainteresowanym dobrem własnego dziecka.

Ojciec czy pomoc domowa?

Wybaczcie, ale pieprzę takiego ojca, który ma tylko pomagać. Do pomocy można sobie nianię wynająć. Chcesz być ojcem, to zachowuj się jak ojciec. Wychowuj, opiekuj się, troszcz, ucz, wspieraj, dawaj przykład, wskazuj błędy i drogi ich naprawy. Nie tylko przynoś do domu pieniądze i tym tłumacz swą bierność w środowisku domowym. Nawet jak padasz na twarz, to wiedz, że matka twego dziecka też lekko nie ma, nawet jeśli wg ciebie „tylko zajmuje się domem i dzieckiem”. O sytuacji matek aktywnych zawodowo i jednocześnie będących w pełni odpowiedzialnymi za dom i dzieci, pomimo istnienia ojca tych dzieci w jednym gospodarstwie domowym, już nawet mi się nie chce pisać, bo to sytuacja dla mnie już zupełnie niezrozumiała.

Ojciec wykastrowany

Z drugiej zaś strony nie rozumiem też zupełnie kobiet, które same kastrują swych mężczyzn z roli ojców. Bo co? Bo sobie nie poradzi? Bo zrobi dziecku krzywdę? Bo się przemęczy? To po co ci taki facet w twoim życiu? Przecież jesteś z nim, bo jest taki wspaniały, fantastyczny, zaradny i odpowiedzialny… To z łaski swojej pozwól mu być ojcem… Pozwól mu wziąć na klatę swe ojcostwo. Nie martw się… Na pewno da sobie radę. I to znacznie lepiej niż myślisz.

  • Z obserwacjo moich koleżanek – bardzo prawdziwe. I bardzo się cieszę, że mnie ten problem nie dotyczy 🙂 wiem, że mogę czasami zostawić moich chłopaków samych i razem świetnie dadzą sobie radę.

  • Mogę tylko przyklasnąć temu tekstowi. Mój mąż zresztą też:) tak dla świadomego rodzicielstwa i miłości, nie dla lenistwa, kastracji i uchylania się

  • Mnie wkurza już twierdzenie „pomagać”. To ma być bycie razem, a nie pomoc. Pomoc oznacza, że to nasz obowiązek a ktoś dobrodusznie nas wyręcza. Nie tędy droga.

  • Sporo kosztuje pozwoleniu ojcu byc ojcem, ale warto! Nie kkrytykowac, pozwolic robic po swojemu (oczywiście mówię o zachowaniach nie krzywdzacych dziecko). Przy pierwszym.synku czesto chcialam pouczac przy przewijaniu, noszeniu, zabawie, usypianiu.. gryzlam sie mocno w jezyk, bo ze sposob inny nie znaczy ze gorszy, a czesto okazywal sie lepszy lub bardziej skuteczny. Tylko trzeba pozwolic, aby ojciec byl ojciem.i uczestniczyl w zyciu domowym. Nie odsuwanie go, bo nie da rady, bo nie wie jak. Nie krytykowac, a wrecz pochwalic, to mobilizuje.

  • Ja jestem za dzieleniem obowiązków w związku, w szczególności jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem. Dziecko tak samo potrzebuje matki jak ojca. Ja bez obaw zostawiam męża w domu z synem i wychodzę gdzieś sama. Wiem, że doskonale sobie poradzi, bo od początku uczestniczył w życiu syna. Podziwiam kobiety, które biorą na siebie cały trud, a później takie umęczone ledwo żyją i są sfrustrowane. Same sobie szkodzą, powinny puknąć się w głowę 😉

  • Poradzi sobie, poradzi. Po swojemu, na wariata i czasem bez sensu (z punktu widzenia kobiet) – ale sobie poradzi 😉