Małżeństwo tuczy

malzenstwo-tuczy

Kiedy jesteś singlem przyjmujesz jedno z dwóch skrajnych stanowisk. Albo się starasz, by zawsze i wszędzie wyglądać idealnie, zwłaszcza, gdy jesteś kobietą, by zawsze i wszędzie być w stanie zrobić dobre wrażenie na ewentualnym, potencjalnym przyszłym partnerze. Szczęście bowiem możne czaić się tuż za rogiem i nigdy nie wiesz, kto stanie się wybrankiem twego serca. Dbasz o siebie. Myślisz o tym, co masz na sobie, jaką masz fryzurę i jaki rozmiar aktualnie mają twoje ubrania. Starasz się dbać o dietę i formę. Jesteś piękna, szczupła, zadbana.

Możesz oczywiście taka nie być, bo w sumie po co się starać skoro i tak jesteś singlem. Sytuacje takie są jednak znacznie rzadsze niż wersja rzeczywistości numer jeden.

Gdy zaś poznasz kogoś wyjątkowego, to po prostu stąpasz w chmurach, masz motyle w brzuchu i ostatnie na co masz ochotę to jedzenie. Ludzie zakochani chodną, szczupleją i ogólnie wyglądają lepiej.

Gdy jednak związek z początkowego zauroczenia przechodzi w związek stabilny, bezpieczny, nie tak bardzo emocjonujący i permanentnie bujający w obłokach, ba gdy osiąga fazę, gdy ludzie podejmują decyzję o małżeństwie i w końcu do jego zawarcia dochodzi, zachodzi w nas wszystkich zmiana totalna i zaczynamy po prostu tyć. Oczywiście nie zawsze… lecz dość często i nie tam, gdzie byśmy np. chciały czyli nie w biuście.

Małżeństwo czy stały związek dają dawnym singlom poczucie bezpieczeństwa. Już nie trzeba tak się spinać i napinać. Przecież jedna fałdka więcej nie sprawi, ze ukochany człowiek zacznie na nas łypać złym okiem. Przecież nie zrobi naszemu związkowi krzywdy dodatkowa gałka lodów. Przecież wspólne gotowanie czy jedzenie na mieście jest takie przyjemne. I już się nie musimy wstydzić i wypierać, że tak bardzo kochamy frytki i majonez, no i dokładki a szczytem naszych marzeń kulinarnych nie jest pozbawiona kalorii i smaku sałatka nic. Możemy pozwolić sobie na małe i większe grzeszki. I sobie niestety pozwalamy aż zanadto.

I zaczynamy tyć. Poczucie bezpieczeństwa sprawia, że kilogramów w związku przybywa. Choć czasem przybywa właśnie, gdy w związku za dobrze się nie dzieje. To jednak już zupełnie inna historia.

I warto się tu zastanowić czy nie warto jednak się za bardzo nie rozpuszczać, za bardzo sobie nie folgować. I nie chodzi o to, że naszemu ukochanemu partnerowi przestaniemy się podobać. W dobrym, udanym, dojrzałym związku zazwyczaj nie ma o tym mowy. Chodzi raczej o to, że przestaniemy podobać się samym sobie. A przecież to, że czujemy się dobrze sami ze sobą jest bardzo ważne. By nie rzec, że najważniejsze. Trudno kochać i cenić innych, gdy siebie nie kochamy i nie szanujemy. Niestety zbędne kilogramy temu nie służą, jeśli my ich nie kochamy i nie czujemy się z nimi wspaniale.

Znam to aż za dobrze z własnego doświadczenia. I wiem, ze nie warto w złudnym poczuciu bezpieczeństwa pozwalać sobie na wszelkie kulinarne grzeszki. Warto odżywiać się zdrowo zawsze i wszędzie, a do tego popracować choć trochę nad kondycją. Pizza co jakiś czas nas nie zabije. Niech jednak nie stanie się podstawowym daniem obiadowym. Czego Wam i sobie życzę. Zwłaszcza w szczęśliwym i udanym związku.

  • Hmm, ja w sumie nie mam raczej takiego problemu, bo niezależnie od tego czy byłam sama, czy z kimś, czy teraz kiedy jestem mężatką, nie traktowałam dbania o siebie w kontekście tylko atrakcyjności. Aktywność fizyczną i zdrowe odżywianie traktuję jako obowiązek niezależnie od sytuacji

    • No właśnie o to chodzi. Niestety jest wielu ludzi, którzy nie mają takiego podejścia. Gratuluję 🙂

  • No cóż, tak to chyba jest. Jak czujemy się bezpiecznie, jemy. Trzeba będzie się mieć na baczności 😉

  • Mnie też to spotkało, tyle, że ja tyłam za siebie i męża. Teraz po ciąży powiedziałam stop i chyba jestem na dobrej drodze, bo waga leci w dół. Co nie znaczy, że czasami nie zjem chipsów czy pizzy – wszystko jest dla ludzi 😉 Pozdrawiam

    • Wiadomo, nie warto narzucać sobie zbyt wielu zakazów żywieniowych, bo prędzej czy później i tak się je łamie i przynosi to jeszcze więcej szkód. Gratuluje postępów w powrocie do wymarzonej wagi. Trzymam kciuki 🙂

  • No ale hello! Przecież nie tylko my tyjemy. Ja obserwuję to zjawisko głównie u panów. No ale cóż. . . podobno dom to takie miejsce, w którym nie trzeba wciagac brzucha. Tego się trzymam.

    • No nie… to nie tylko tekst o kobietach. Męskie brzuchy też rosną w miłym związku 😀 W starszym pokoleniu nadaj istnieje podział na „pasek nad” i „pasek pod” utuczonym męskim brzuszkiem 😀

  • To święta prawda. Zaczynam zauważać po sobie, że za dużo folguję z jedzeniem. A mojemu mężowi już urósł brzuszek.

    • Ale jakże to miłe do pewnego momentu 🙂 Choć Wiolu Ty jesteś taka szczupła, że raczej nadmiar kilogramów Ci nie grozi. 🙂

  • Hymmmm 😛 Mam wielu znajomych, którzy zmienili stan cywilny i w wielu przypadkach (zwłaszcza mężczyzn) brzuszek się zaokrąglił. Panie jednak nadal starają się trzymać formę. 😉

    • No niestety nie zawsze się piękniejszej stronie związku udaje utrzymać przedślubne gabaryty 😀 Sama byłam tego przykładem…. Ojjjj 😀

  • No Ty kochana po tych treningach na rolkach nie masz się co martwic o wage 😉

    • Mam nadzieję, że treningi zapewnią mi brak zmartwień o nadmiar „kochanego ciałka” 🙂

  • Kilosy jakoś tak mnożą się ze stażem małżeńskim. 😉 Ale masz całkowitą rację, warto przystopować ten trend. 🙂

  • Wiesz, faktycznie coś w tym jest, że małżeństwo sprzyja tyciu. Ale zauważyłam też, że babeczki jakoś chętniej dbają o siebie i są bardziej skore do aktywnego i zdrowego stylu życia niż panowie (nie jest to rzecz jasna regułą).

  • Czytałem kiedyś w podręczniku do historii o tym, że w średniowieczu duży brzuch było oznaką bogactwa. Może małżeństwo też ma z tym coś wspólnego? 😉

  • Oj dużo w tym prawdy. Na początku jadłam jak wróbelek, a w domu nadrabiałam. Później, gdy związek wszedł w wyższą fazę, jadłam jak zawsze, doprowadzając obserwujących do wielkiego zdziwienia, gdzie się to wszystko mieści. I tak sobie teraz myślę, że trzeba było tak od razu, bo ja raczej nie tyję. Mam świetną przemianę materii, więc mogę żreć do bólu.

  • Hm nie sądzę by zamążpójście zmieniło moje menu 😉

  • Prawda to najprawdziwsza:) Jak się Młoda pojawila, nasze nawyki żywieniowe zmieniły się na lepsze:) ale analizując swoje życie pod kątem Twojego tekstu nie mogę się nie zgodzić ze słusznością Twoich słów 🙂

  • AgaMamaDusi

    Coś w tym jest… Ja wprawdzie tylko 3 kg po 4 latach wspólnego mieszkania ale Narzeczony na wadze ciut więcej przybrał 😉 i mówią że widać że mu się powodzi ;-). Choć tak naprawdę to Jemu praca kierowcy nie służy też.

  • Coś w tym jest, bo faktycznie czujemy się bardziej komfortowo i niestety czasem umyka nam to, że ogólnie warto o siebie dbać i się zdrowo odżywiać. Na kulinarne grzeszki można sobie od czasu do czasu pozwolić, ale warto zrekompensować to nadprogramową wycieczką lub inną aktywnością 🙂

  • Piszesz, że chodzi o to by, sobie nie przestać się podobać, bo w solidnym związku „niepodobania” nie będzie. Ja jednak uważam, że nawet w świetnym związku powinno właśnie dbać się o te „podobanie” sobie. Jesteśmy wzrokowcami i miłość miłością, ale naprawdę jest przyjemniej spoglądać na swoją ukochaną kobietę gdy jest zadbana i emanująca kobiecością, a nie na zgarbioną z szarą cerą i w wyciągniętych dresach. Z mężczyznami jest to samo. Będę kochać swojego męża, nawet jeśli będzie miał fałdy na brzuchu, ale jeśli nie będzie ich miał to będzie mnie po prostu bardziej pociągać. W tak wielu związkach nie dba się właśnie o to pociąganie, pożądanie, a potem wszyscy się dziwią, że jest tak normalnie, nie tak jak kiedyś.

  • Pingback: Przegląd tygodnia #8 - Rabarbarowo()

  • No i bardzo dobrze, że poruszyłaś ten temat! Stabilny i poukładany związek nagradza się za trudy dnia sporą porcją pyszności przy wieczornym, wspólnym seansie przed TV. Jest tak milo, przytulnie i ciepło. Jeszcze lampka wina, bez tego ani rusz! I tak mijają tygodnie, mija też i stara waga, tak skrzetnie pilnowana jeszcze jakiś czas temu.
    Tycie w małżeństwie jest przyjemne, ale zdradliwe jak cholera!
    Pilnujmy się! 🙂

  • Dokładnie – zdrowa racjonalna dieta we DWOJE!

  • U nas i bez ślubu razem nam się przytyło. Tu lazania, tu ciasto, tutaj pizza przed telewizorem, winko, ten tego. I 10kg do przodu… Teraz próbujemy razem ogarnąć, jak zrobić, by razem schudnąć i się nawzajem motywować…

  • Dominik

    mieliśmy taki etap, że przytyliśmy kilka kilo, ale w pewnym momencie powiedzieliśmy dość i od tamtej pory się pilnujemy nawzajem 🙂

  • Coś w tym jest 😀 ale powiem ci, że dzieci skutecznie odchudzają. Motywują do trzymania diety, zdrowej i bez grzeszków 🙂

  • Haha, też zauważyłam, że miłość sprzyja szybszemu przybieraniu kilogramów. Pewnie trochę chodzi faktycznie o to poczucie bezpieczeństwa, o którym piszesz, trochę może też o to, że karmienie i rozpieszczanie się nawzajem smakołykami to taki bardzo silny przekaz miłości, wyniesiony jeszcze z czasów niemowlęcych. Jednak tak jak piszesz, warto się temu nie poddawać i zadbać o dobrą formę – przede wszystkim dla siebie.