Za ile sprzedasz swoje dziecko?

za ile sprzedasz swoje dziecko

Zwiedzam internety, odwiedzam różne strony, patrzę, podziwiam, dziwię się, a czasem wręcz przerażam. Epoka udostępniania swych pociech zawsze i wszędzie nastała nieodwracalnie. Z monitorów uśmiechają się do nas bezzębne bobaski, radosne trzylatki a nawet mocno wkurzone nastolatki. Bo dzieci to taki wdzięczny temat blogowy. Tak dużo można o dzieciach powiedzieć. A zacząć można już nawet na etapie planowania potomka. Potem temat po prostu się rozwija. Czy istnieją granice udostępniania w mediach naszych dzieci? Jak daleko posuną się ich rodzice, mówię tu o blogerskiej ich części, by wejścia na bloga były jak najczęstsze, jak najliczniejsze i by agencje i firmy proponujące współpracę z blogerem biły drzwiami i oknami. W którym momencie rodzic sprzedaje swoje dziecko… nawet nieświadomie?

W którym momencie kończy się zwyczajne dzielenie się z niezliczoną, nieograniczoną ilością czytelników swą codziennością, mniejszymi bądź większymi problemami, radościami, przekazywanie im swoich doświadczeń, a zaczyna czysty handel, zarabianie na ładnej buzi, tworzenie tekstów idealnie pasujących do zapotrzebowania współpracującej firmy a mających niewiele wspólnego jednak z tym widocznym na zdjęciu bobaskiem lub dzieckiem starszym, wchodzenie w jego prywatność a nawet intymność?

Mama w ciąży pokazuje wdzięcznie w internetach swój brzuszek, opowiada bez skrępowania o wszelkich swoich prawdziwych czy zmyślonych dolegliwościach, pokazuje niezliczone zdjęcia z kolejnych usg… i testuje, testuje… kremy na rozstępy… kremy na hemoroidy… organizuje z pomocą kilku jedynie właściwych firm wyprawkę dla swego maleństwa, na oczach publiki maluje ściany jedynie słuszną farbą i wykleja cudowne wyklejanki w sarenki i jelonki…

Potem dziecko się rodzi i pierwsze co, to mama wrzuca je na FB… nie na FP… bo mama blogerka musi podzielić się swym szczęściem z tysiącami anonimowych podglądaczy. Nie jest ważne, że dziecko jest jeszcze mocno fioletowo-sine, ubrudzone krwią i ostatnie na co ma ochotę to prezentować się światu. Ale… lajki są przecież najważniejsze… i niezliczone gratulacje od ludzi, których obchodzi nowo narodzony przez czas wciskania lajka. Zresztą szczęśliwej, młodej mamie też w sumie tłumy te są w gruncie rzeczy obojętne. Nie jest ważne, kto w tłumie jest, byle był… I zalajkował…

A potem noworodek wraca do domu… oczywiście w jedynie słusznym foteliku, obcykanym z każdej strony bardziej niż pierworodny. Do tego cudowny kocyk… którego każdy detal musi poznać potencjalny internauta… A potem… A co… pokażmy laktator i może nawet w trakcie użycia … a potem jedynie słuszne butelki… jak nasz maluch z nich pije, jak je kocha… ale już broń boże jak ulewa…

A jak już dziecko wyjdzie z fazy, że generalnie tylko je, śpi, leży, robi kupę…. przychodzi cudowna era modowa. Jakaż rozkoszna z naszej pociechy modelka… jaki cudowny model z syna… Można cudownie wykorzystać jego/jej buzię… zrobić cudowną sesję zdjęciową… tak wspaniale wśród spadających liści uchwycić ten cudowny płaszczyk… tę wspaniałą kurteczkę…

Znacie to?

Ale to nic… nic nie znaczy. Rodzice tak mają… chwalą się swymi dziećmi, czasem przy tym zarabiając… Dla mnie to i tak za wiele… zbytnie ingerowanie w dziecięcą prywatność… Taka jest moja wrażliwość po prostu…

Przeraża mnie zaś sprzedawanie całkowite dzieci przez ich rodziców… dla celów miałkich, płytkich i czysto zarobkowych. Odzieranie dzieci całkowicie z prywatności. Wylewanie żalów na wszelkie ich niedoskonałości, zbiorowe internetowe omawianie bardzo prywatnych spraw, a czasem wręcz wkraczanie w sferę intymności naszego dziecka. Opowiadanie o jego problemach i to w dodatku czasem bardzo intymnych to moim zdaniem łamanie wszelkich granic przyzwoitości i brak poszanowania prywatności własnego dziecka. Opowiadanie o przypadłościach, chorobach, zabiegach jakie dziecko przechodzi… a przy okazji reklamowanie jedynie słusznego środka zaradczego to dla mnie zwyczajne świństwo. Pal licho, gdy żali się i chwali bloger noname… Gorzej, gdy dotyczy to rodzica bardziej w internetach znanego… Przecież w internecie zostaje wszystko… Internet nie przebacza… I to, co się teraz wydaje rodzicowi ok… choć ok w żadnym wypadku nie jest… może powrócić do jego dziecka za jakiś czas wręcz ze zdwojoną siłą…. A dzieci są wobec rówieśników okrutne… To co… Za ile sprzedasz swoje dziecko?

380 total views, 4 views today

  • Mądrze gadasz. Czasem mam wrażenie, że te facebookowe/instagramowe mamusie w ogóle nie myślą, że to dziecko, o którym tak ciągle piszą i wrzucają jego zdjęcia, to człowiek, który za ileś lat natrafi w internecie na swoje zdjęcie na nocniku i nie będzie z tego zadowolony. W internecie nic nie ginie.

  • trafnie napisane. ostatnio o tym myślałam widząc kolejne insta-foty zatagowane niezliczoną ilością marek i sklepów. przypomina mi się utwór De mono ‚ wszystko jest na sprzedaż’. no cóż… ale i tak nic nie przebije odzierania dziecka z prywatności, o ktorą to właśnie rodzice powinni dbać. smutne.
    pozdrawiam!

  • Zawsze pięćset razy mysle nad zdjęciem, które dodaje. Na swoim prywatnym profilu mam ich kilka, nawet nie wiem ile dokladnie ale nie przekracza to 10 sztuk. Na fp ze dwa i tyle też na blogu. Nie czuję żebym sprzedawała swoje dziecko. Ale tak naprawde to nasze dzieci same kiedyś ocenią czy tak się nie działo.

  • Nie mamy nic przeciwko pokazaniu dziecku raz, czy dwa, ale czynienie go głównym tematem, obiektem bloga, Insta i wszystkich kanałów, może nie. Nie mówimy, że dziecka nigdy nie pokażemy, ale trzymaj nas, jak będziemy robiły to trzy razy dziennie.

  • I dlatego zdecydowaliśmy z mężem nie upubliczniać zdjęć naszych dzieci. Jak kiedyś same zechcą, to sobie będą pstrykać fotki i umieszczać w sieci, ale internet pomimo swojej cudowności jest też niebezpieczny (chodzi mi o handel, wykorzystywanie wizerunku) i nic w nim nie ginie, nawet jeśli skasujemy zdjęcie

  • Dlatego nie lubię blogów parentingowy, bo w sumie w poważaniu mam cudze dzieci. Opowiastki o nich, czy jakieś tematy okołodzieciowe jeszcze przejdą, czasami nawet są ciekawe, ale generalnie to nie dla mnie. Na pewno zmienię nastawienie, kiedy sama zostanę mamą… Ale nie chciałabym wtedy sprzedać mojego dziecka za nowy kocyk. Nie mam nic przeciwko współpracom raz na jakiś czas, w końcu rodzicom przydadzą się darmowe rzeczy dla dzieci, to spore ułatwienie, ale trzeba znać pewne granice i nie pokazywać pupy dziecka, reklamując pampersy.

  • Teoretycznie mam bloga parentingowego. Tak przynajmniej o nim myślę, bo jest sporo tematów okołodziecięcych. Ale zdjęcie moich dzieci chyba jest tam tylko jedno. Ba, moje też rzadko wstawiam. Nie chcę, by dziecko mogło się wstydzić swojej twarzy – nie dlatego, że jest brzydkie, ale dlatego, że jest z czymś kojarzone. Nawet jeśli jest to wybitny blog.

  • Mam podobne zdanie. Nie publikuję zdjęć córki, mimo że naturalnie czasem przychodzi mi na to ochota, ale rozsądek zwycięża. Nie mnie oceniać poczynania innych rodziców, niemniej jednak w kwestii zarabiania na dzieciach myślę dokładnie to samo, co Ty.

  • Eva Kic

    Brawo, bo ostatnio się zastanawiałam nad tym, czy tylko mi się to nie podoba, Czy tylko mi się wydaje, że zdjęcie – za przeproszeniem- kupy dziecka, oczywiście z lokowaniem produktu w tle, to gruba przesada?!
    Dzięki Asia za ten tekst, przynajmniej wiem, że nie tylko ja tak myślę 🙂

  • To chyba będę jednym z niewielu „parentingowców” bez zdjęć dzieci na blogu. Dzieci mają prawo do prywatności i prędzej zamknę blog, niż pozwolę żeby ucierpiały z ego powodu, że ja o nich piszę.

  • Oj długo myślałam na tym, czy publikować zdjęcia dzieci czy nie. Miałam nawet z początku kilka. Ostatecznie na blogu mam jedno wspólne zdjęcie na stronie głównej to wszystko. Czasami umieszczę w recenzji zdjęcie, które ukazuje detal. Tylko co jest najgorsze, jakie blogi mają największą popularność czy te które starają się chronić prywatność swoich dzieci i rodziny czy takie, które na każdym z postów umieszczają masę zdjęć z sesji. Odpowiedz jest oczywista.

    • Idę obejrzeć Twój blog 🙂 W większości przypadków masz rację, ale spójrz na blog Kamila – blogojciec.pl. Nie znajdziesz tam zdjęć czy filmów z udziałem jego dzieci.

  • Jest kilka blogów parentingowych, które lubię czytać, bo autorzy nie pokazują zdjęć swoich dzieci. To chociażby Bartek z rodzinawpraktyce.pl czy Kamil z blogojciec.pl. To odważne posunięcie, bo wiadomo, ze nic nie przyciąga uwagi tak dobrze jak buzia uśmiechniętego dziecka 🙂

  • W końcu ktoś to napisał.
    Kiedyś na jednym blogu w komentarzu zapytałam grzecznie, jak się mają zdjęcia na blogu do prawa do prywatności dzieci. W odpowiedzi usłyszałam od kilku mamusiek, że niczego nie rozumiem, że dzieci głosu nie mają itd. Raz w życiu poczułam się jak hejter roku. Ale dalej obstaję przy zdaniu, że ponieważ dziecko nie może wyrazić swojego zdania, to należy mu się choć odrobina prywatności.

    • Zakładając bloga od razu powiedziałam, że Młodej mojej upubliczniać nie będę. Jeżeli mam przyciągnąć czytelników to nie zdjęciami dziecka a treścią- przynajmniej takie jest moje podejście i zamiast milionów wejść mam ich znacznie mniej;) nie przeszkadza mi to jednak 🙂

  • Nie będzie pewnie niczym złym dodanie raz na czas uśmiechniętego pyszczka, ale sto razy bym się zastanowiła czy dane zdjęcie nie wywoła odwrotnego efektu – czy nie spowoduje, że dziecko stanie się obiektem nagonki itp. Zastanawiam się jak sama będę się zachowywać mając dzieciaczka – coś czuję, że po tym jak się naoglądam na co dzień przeróżnych zdjęć, sama nie będę chciała upubliczniać światu swojej pociechy.

  • Ja już nie raz w różnych miejscach wypowiadałam się bardzo dosadnie o odzieraniu dzieci z prywatności, intymności. Zupełnie nie rozumiem mam (z całym szacunkiem dla wszystkich blogerek parentingowych itp.), które wrzucają do sieci setki, tysiące zdjęć swoich pociech. Przecież nie usuniemy ich stamtąd, to nie czarna dziura tylko świat, w którym wszystko co do niego trafi zostanie już tam na zawsze. Na FB na prywatnym profilu mam raptem kilka zdjęć córek i to dostępnych do wglądu tylko dla znajomych. Nigdzie indziej nie można ich zobaczyć i nie mam zamiaru tego zmieniać. Moje dzieci mają podejmować samodzielnie decyzje o swoim życiu (oczywiście przy moim wsparciu), o tym czy zrobią z niego afisz czy też zachowają najważniejsze momenty tylko dla wąskiego grona. Więc jeśli będą chciały zarabiać na swoich wizerunkach to jeszcze zdążą to zrobić 🙂
    Jestem wdzięczna rodzicom za szacunek do prywatności, który we mnie wykształcili. I nie wyobrażam sobie patrzeć na swoje całe dzieciństwo przez oko internetu. Do tego są wspomnienia zaklęte w zdjęciach i innych pamiątkach…

  • Czy rodzic napisze że ma zatwardzenie, biegunkę itp w internecie? Raczej nie, ale już o dziecku owszem. Lub jakie to ono nieporadne, nie umie liczyć, jest takie nie grzeczne. itd. Zamiast upokarzać bądźmy dla dziecka, zachowajmy prywatność, w piśmie i w zdjęciach. Pomyślmy czy swoje zdjęcie w takiej sytuacji byśmy dodali. We wszystkim trzeba myśleć

  • Dorzucę jeszcze dodatkowy aspekt – zastanowiło mnie kiedyś „tagowanie” dzieci w autach. Zacząłem robić fotki tych naklejek na szybach, wszystkich tu-siedzi-jasiów-krzysiów-stasiów. Sporo tego nazbierałem. Napisałem o tym krótki tekst i … się zaczęło, że przesadzam. Tymczasem wystarczy rzut oka na auto i na dziecko i już mogę je zawołać po imieniu, znam imię braciszka/siostrzyczki – a są do dane oddane „gratis”. Dla mnie bezpieczeństwo i anonimowość dziecka jest bardzo ważna – a są rodzice, którzy wrzucają właśnie takie zdjęcia jak opisujesz w otwarte profile FB. Pal licho blogi, tu już trzeba skojarzyć miasto i lokalizację. Ale FB to grono znajomych bliższych, dalszych w konkretnym miejscu miasta. Statystycznie wariatów nie brakuje a cwanych wariatów też nie. Chrońmy dzieci przed naszą własną głupotą…

  • Eka

    Moja córka ma 17 lat i na szczęście nie musi oglądać swoich zdjęć z dzieciństwa w sieci tylko w naszym prywatnym albumie, który jest schowany w szufladzie i nikt niepowołany nie ma do niego wglądu.
    A temat, który poruszyłaś jest faktycznie wielkim problemem obecnych czasów. Odzieramy się z prywatności, pokazujemy to, jak mieszkamy, jemy i co robimy w wolnym czasie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie temat dzieci, które kiedyś pójdą do szkoły, dorosną, a w sieci dalej będą zdjęcia ich gołej pupy…

  • Ja mam blog parentingowy (choć wolę mówić o nim macierzyński). Pokazuję na nim swoje dzieci. Starsze pytam o zdanie, czasem nawet razem wybieramy zdjęcia. Na domiar złego nie pokazuję siebie – możecie mnie linczować 😉

    Jestem z moich dzieci. Doskonalę się w fotografii i jestem dumna z siebie. Pokazuję dzieci na blogu
    i sprawia mi to radość. Na dodatek robię to kompletnie za darmo. Na blogu nie zarobiłam grosza i nie zanosi się na zmiany.

    Jedyne zarzuty jakie słyszę, to że faworyzuję córkę i za mało pokazuję synka. Ale on nadrabia na Instagramie, bo tam też pokazuję dzieci.

    Jeszcze jedno – wieczność internetu uważam za mit sprzed lat. W dzisiejszym dynamicznym świecie, informacja żyje chwilę. Jeśli skasuję bloga, za 5 lat nikt się do niego nie dokopie, bo pojawiają się nowe informacje, każdego dnia jest ich więcej, pojawiają się nowe kanały. Sama z żalem odkryłam, że nie ma już blogów, które uwielbiałam kilka lat temu.

  • Żyjemy w czasach, w których nasze nieświadome niczego dzieci mają życie dokładnie udokumentowane w postaci zdjęć i postów na profilach swoich rodziców. Dla wszystkich, którzy w przyszłości będą szukać o nich informacji – wszystko podane na talerzu.

  • Ciekawa opinia i bardzo generalizująca. Dla mnie rzeczywiście intencja jest najważniejsza. Mam autystyczne dziecko i o nim czasem piszę. Olivier jest wychowywany tak, ze ani dla niego, ani dla nas jego autyzm nie jest problemem, wstydem czy powodem dla którego świat w jakikolwiek sposób miałby o tym nie wiedzieć. Mało tego, moją misją jest uświadamianie ludzi czym jest autyzm, jak sobie radzić, jak pomóc dziecku, bo nic tak mnie nie wnerwia, jak wmawianie „mody na autyzm”.
    Kiedyś przeczytałam piękną książkę z opowieściami kobiet o swoim macierzyństwie, w której jedna z pań opowiedziała o tym, że została adoptowana. i całe życie była uczona tego i utwierdzana w tym, że ma dwie kochające mamy: jedną, co tak bardzo ją kochała, że ją urodziła, a drugą, która tak bardzo ją kochała, że ją wychowała. Druga mama mówiła jej, że przez to jest wyjątkowa. Nie ukrywała adopcji, a wręcz mówiła o niej właśnie w tak piękny sposób. I własnie nigdy ta kobieta, ani jako dziewczynka, ani jako dorosła nie doświadczyła złych emocji związanych z adopcją. nie doznała szoku w momencie dowiedzenia się, bo rodzice adopcyjni ukrywali ten fakt. Nie znienawidziła ich za to, a rodziców biologicznych, że ją porzucili. Takie podejście jest dla mnie i mojego serca właściwe. Mój syn nie przestanie być autystykiem, gdy dorośnie lub gdy nie będę o tym pisać czy mówić. Dzieci są tak okrutne, jak ich rodzice- znikąd się to nie bierze. Hejtujący rodzice wychowują, hejtujące dzieci. W UK nie spotkałam się z tym, by „inne” dzieci były źle traktowane, bo tu tolerancji i wyjątkowości każdego człowieka uczy się od urodzenia. Nie jestem blogerką, tym bardziej rodzicielską (parentingową). Myślę też, że własnie od tego, co przekazujemy naszym dzieciom, zależy ich własne podejście do siebie i świata.
    Rozumiem też, co miałaś na myśli pisząc ten artykuł, ale tak jak pisałam na początku wszystko sprowadza się do intencji, a dla mnie one są najważniejsze 🙂
    Pozdrawiam
    Vika

    • Pięknie napisane 🙂 Też myślę, że intencje są najważniejsze 🙂 Pozdrawiam ciepło.

  • Temat na którym już dawno się zastanawiałam. Nie wrzucam zdjęć swoich dzieci. Pomimo że bloga piszę, jakby dla nich, chcę im przekazać parę fajnych prawd, którymi warto się w życiu kierować. Jedyne zdjęcia to takie, gdzie nie widać ich twarzy, nie są wyeksponowane w sposób oczywisty. Dlaczego? Bo chcę je chronić, w dzisiejszym świecie social media kto wie po co, kiedy i w jakim celu ktoś nie wyciągnie tych zdjęć… Dzisiaj boję się, że ktoś dorosły może zrobić im krzywdę…. a jak będą w szkole to będę się bać żeby rówieśnicy nie użyli tych zdjęć do gnębienia ich…. Po co ryzykować? Za dużym cykorem jestem 🙂 Pozdrawiam i dziękuję, że poruszyłaś ten temat 🙂

  • Rozumiem o czym piszesz, choć problem mnie nie dotyczy, bo jestem bezdzietna. Uważam jednak, że jest to w pewnym sensie koszt bycia blogerem. Nie jest to tylko kwestia dzieci, ale każdej płaszczyzny – sprzedajesz więc swój wolny czas, bo publikujesz zdjęcia z wieczorów z książką. Sprzedajesz swoją prywatność, bo pokazujesz wakacje lub zdjęcia z Mężem. Sprzedajesz swoje domowe ognisko, bo robisz posty o urządzaniu sypialni. Nie do końca więc się z tym zgadzam, o czym piszesz. Wówczas każdy blog powinien wyglądać w ten sposób: publikujesz zdjęcia znalezione w Internecie, podpisujesz „Barcelona jest super”, kropka. Oczywiście większość blogerów (a raczej żaden) nie pyta trzylatka czy publikacja jego zdjęć nie będzie dla niego naruszeniem praw, a to już chyba własny rachunek sumienia rodziców czy im to przeszkadza, czy nie.

  • Mi ciężko się odnieść bo nie mam dzieci ale po tym co widze na fb to młode matki chyba nie widzą w tym żadnego kłopotu ale też nie za bardzo myślą o konsekwencjach. Fejs i bloggi zapełnione sa zdjęciami małych dzieci, mam z małymi, itp- niby słodkie ale..

  • strasznie mnie drażni to zjawisko. Sama mam zamiar pisać odrobinę o ciąży, więcej o endometriozie, ale to ze względu na fakt, iż strasznie mało się pisze i mówi na ten temat, a ja dostaję masę e-maili od kobiet z podobnymi problemami, za to jestem z siebie dumna, bo zdjęć ciążowych czy bobaskowych nie uświadczy się na moim profilu czy blogu. Jakoś mnie to razi. Moja fotka jest jedna na blogu i kilka podrasowanych tak jak w profilu na disqus na portalach, ale ogólnie jestem przeciwna zdjęciom i informacjom na nasz temat w Internetach 😉
    A i bolą mnie komentarze typu – Ty to nigdy nie będziesz popularna w Sieci, bo nie masz swoich zdjęć na portalach czy blogu. Wtedy mówię trudno, ale smutne jest to, że „żyjemy obrazkami” generalizując

  • Przeraża mnie ilość zdjęć małych dzieci na FB. Rozumiem, że świeżo upieczeni rodzice są tak ze swojej pociechy dumni, że chcą ją pokazać całemu światu, ale wrzucanie (czasami nagiego) bobasa jest dla mnie odarciem z prawa do prywatności. Nie chciałabym, żeby zdjęcia mojego małego dziecka były dostępne dla każdego komu będzie się chciało poszukać. Pomijając fakt, że każdy powinien sam decydować o tym co chce udostępniać w sieci, nawet jeśli jest dzieckiem.

  • Ufff… Ostatnio mocno się nad tą kwestią zastanawiałam i obecnie nie pokazuję zdjęć dziecka nawet na FB swoim znajomym.

  • Pingback: Jak zwiększyć zasięg bloga - Krzywa Prosta()

  • Dlatego ja nie wystawiam rodziny „na sprzedaż”.

  • Przeczytała i zaczęłam się zastanawiać. Na szczęście mam czyste sumienie. Rzadko wstawiam zdjęcia Hanki, a jak już to raczej są to ujęcia z góry, albo wspólne zdjęcie całej trójki. Fakt, że zaczynając pisać do szerszej publiki, sami odzieramy się z prywatności. Taka prawda. Piszemy o naszych bolączkach, problemach itd. Nie podoba mi się jednak robienie z dziecka słupa reklamowego i zarabianie na tym. Nie podobają mi się te wszystkie wymuskane sesje w odjechanych ciuchach, bo dla mnie to jest po prostu sztuczne. Nie podobają mi się posty, w których zdjęcia dziecka są wrzucone tak na siłę i nawet nie odpowiadają tematowi, ale trzeba pokazać, jaką kurtkę miało na spacerze. Ostatnio zauważyłam jeszcze jedną rzecz, a mianowicie kolejne dziecko w drodze pojawia się u wielu blogerek. I tak się zastanawiam na ile jest to podyktowane miłością, a na ile kasą, bo nowy maluch przyciągnie sporo ludzi i firm. Przerażające, ale obawiam się, że niektórzy rzeczywiście mogą kalkulować, żeby utrzymać się na swojej pozycji…

  • Pingback: Rolki już mam. Teraz czas na Blog Roku. - Krzywa Prosta()